Jeśli ktoś miał wątpliwości co do stanu, w jakim znajdował
się Tony, kolejne trzy miesiące zdecydowanie je rozwiały. Sam zainteresowany
zorientował się, że nie dowierza tej całej sprawie z ciążą, dopóki nie wyczuł
pewnego wieczoru twardej wypukłości w swoim wnętrzu. Później było tylko gorzej.
Bóle kręgosłupa, opuchnięte kostki, waga pokazująca koszmarnie zawyżoną
wartość...
Bogowie, za co?
Tony po raz pierwszy w życiu czuł się gruby, zmęczony i,
nade wszystko, zdecydowanie nieatrakcyjny.
I zupełnie nie byłby sobą, gdyby nie zadręczał tym innych.
Oczywiście na pierwszej linii ognia stał jego najdroższy
małżonek. Thor chyba jeszcze nigdy w życiu nie był tak blisko kompletnego
rozstroju nerwowego, jak wtedy, kiedy Tony wręcz błagał, aby wymasować mu
stopy, a w następnej chwili wpadał niemalże w histerię, bo co będzie jeśli on
już taki zostanie?
Mimo wszystko Thor trzymał się dzielnie, w końcu dla swojego
svassa zrobiłby wszystko, łącznie z systematycznym dostarczaniem mu jabłek.
Tony, jak to Tony, nawet w ciąży nie chciał zrezygnować z
Ironmana, chociaż wszyscy Avengersi z Nickiem Furym na czele próbowali prośbą i
groźbą odwieść go od tego pomysłu. W końcu jednak Dyrektor Fury się wkurzył i
Tony dostał na metalową zbroję szlaban, przynajmniej dopóki potomek księcia
Asgardu z niego nie wyjdzie.
Tony upierał się, że ciąża to nie choroba, na zmianę z
namiętnym narzekaniem, że umiera, i że przy wydalaniu potomka jego biedne,
metalowe serce wysiądzie na dobre, na co Fury zwykle odpowiadał, że to kiepsko,
bo w takiej sytuacji nie będzie wiedział, czy posłać po respirator, czy
śrubokręt. Taka sytuacja zwykle kończyła się świętym oburzeniem ze strony
Tony'ego.
Wszyscy zgodnie jednak byli zdania, że ma siedzieć w domu,
darować sobie wszystkie niebezpieczne misje i zająć się kontemplowaniem
absolutu, najlepiej z dala od reszty drużyny. Nawet Thor wydawał się trochę
mniej zainteresowany dotrzymywaniem mu towarzystwa, za to przepadał na sesjach
wtłaczania w siebie alkoholu w towarzystwie Hawkeye'a.
Tony go za to nie winił, sam postąpiłby podobnie, gdyby to
jego mąż spodziewał się dziecka, które trzeba będzie urodzić i wychować na w
miarę normalnego pół-człowieka - pół-boga.
Bruce systematycznie robił mu badania i widać było, że nawet
tych kilka miesięcy nie wystarczało, aby w pełni przeszedł nad faktem ciąży
kolegi do porządku dziennego. Jako że Tony został praktycznie uziemiony, on i
naukowiec całe dnie spędzali w laboratorium, grzebiąc nad fragmentami
asgardzkiej technologii, którą Stark przywiózł ze sobą na Ziemię.
Banner nie krył zachwytu, mogąc mieć styczność z czymś,
dosłownie, nie z tej Ziemi.
- A więc to jest fragment tego draństwa, które o mało nie
anihilowało tego miasteczka w Nowym Meksyku? – spytał, z bliska przyglądając
się kawałkowi niezidentyfikowanego metalu.
Tony pokiwał głową.
- Tak, to Destroyer. Piekielnie potężna bestia, jeśli
wierzyć Asgardczykom.
- I dali ci go tak po prostu...
- Thor powiedział, że zbudują sobie nowego. - Tony wzruszył
ramionami. Destroyer był prezentem ślubnym od Odyna. Stark nie był pewien, czy
bardziej go pociąga rozkręcenie go na malutkie kawałeczki, czy używanie go jako
straszaka na wszystkich jego wrogów. Na razie uznał, że dopóki nie odkryje, jak
cholera działa, będzie on za karę spoczywał w kawałkach w jego warsztacie.
- Wiecie już, jak nazwiecie... no wiesz?
- Ładnie - palnął Stark. Nie chciał rozmawiać z Bannerem na
ten temat. W końcu mało brakowało, a to on trzymałby w swoich flakach Płodzika.
Tony poczuł coś z rodzaju ruchu powietrza w brzuchu, więc Płodzik najwyraźniej
się cieszył, że tatuś o nim myśli i postanowił go pogłaskać od środka...
A potem go kopnął. Mocno. Najwyraźniej stwierdził, że
głaskaniem wiele nie zdziała.
Tony’ego aż zgięło w pół.
- Ufff!
Bruce natychmiast się nad nim pochylił.
- Hej, wszystko w porządku?
Tony zamrugał, próbując się pozbyć mroczków sprzed oczu.
- Tak, ch-chyba tak.
- No, raczej nie jestem tego pewien – wymruczał Bruce.
Podsunął koledze krzesło.
- Dalej, siadaj – polecił.
Stark opadł ciężko na krzesło. W głowie nadal mu się
kręciło, a na czoło wystąpiły kropelki potu.
- Matko, Tony – powiedział zmartwiony Bruce – jesteś blady
jak ściana. Poczekaj chwilę, przyniosę ci trochę wody.
Tony tymczasem próbował dojść do siebie i zrozumieć co tak
właściwie się stało. Płodzik go kopnął, a przynajmniej tak mogło się wydawać,
bo przyszły tatuś poczuł to „kopnięcie” bardziej jak uderzenie stalowego młota
.
Akurat to nie powinno go dziwić, w końcu Płodzik jest synem
Thora. Jednak zaniepokoiła go reakcja jego ciała. Owszem, nosi w sobie dziecko
boga piorunów, ale przecież sam jest nieśmiertelny, a to jedno kopnięcie omal
nie zrobiło mu dziury w brzuchu.
Chociaż z drugiej strony, Thor tłumaczył mu, że dostał
nieśmiertelność, nie odporność. To było irytujące. Thor po wypadku w czasie ich
nocy poślubnej wychodził z założenia, że jego mąż jest delikatnym i kruchym
stworzonkiem, które on musi bronić i nosić na rękach.
Dużą ilością wrzasków i pretensji udało się Tony'emu wybić
mu z głowy takie podejście. A potem zaczął go paskudnie boleć kręgosłup i
uznał, że noszenie na rękach wcale nie jest takim złym pomysłem. Honor
prawdziwego mężczyzny musiał ustąpić przed problemami ze schylaniem się.
- Co ty wyprawiasz? - mruknął w stronę swojego brzucha. -
Niegrzeczny Płodzik.
W odpowiedzi dostał kolejnego kopniaka i zemdlał.
***
Obudziły go głosy. Dużo głosów. Najwyraźniej znajdował się w
środku jakiegoś zebrania. Leżąc w łóżku. Ciekawe.
- Budzi się – powiedział jakiś głos, w którym Tony
natychmiast rozpoznał Melody.
Otworzył oczy i niemal krzyknął, bo tuż przed sobą ujrzał
koszmar Picassa. Zamrugał aby pozbyć się łez i odetchnął z ulgą. Pochylała się
nad nim zmartwiona twarz Thora, od którego niemiłosiernie zionęło piwem oraz
brandy z jego prywatnego składu z alkoholem.
- Cholera, Thor, ile razy ci mówiłem, żebyś przestał rabować
mój barek – mruknął.
Thor omal nie wybuchnął płaczem.
- Svass! Nic ci nie jest? Powiedz mi!
Tony odwrócił się i napotkał wzrok Bruce’a. Ten tylko
wzruszył ramionami i wskazał na stojącego nieco na uboczu Clinta, który z
całych sił starał się stać prosto.
Tony westchnął ciężko.
- Dobra, ile wypiliście? – spytał Hawkeye’a.
- No... duszooo - odparł tamten z zadziwiającą szczerością,
ocierając świecącą twarz. - Ciałem popić Thora na pif-fo, ale mie ograł...
- Połóż się też lepiej - doradziła mu Melody ze
współczuciem.
Tony zamrugał. Płodzik teraz siedział spokojnie, niemalże bez
ruchu, ale trudno było zapomnieć o łomocie, jaki mu spuścił...
- Thor, zapłodniłeś mnie alienem. Jak wyjdzie przez mój
brzuch, to wrócę jako duch i tak mnie popamiętasz, że... o, nienienie, nie
znowu...
Aż usiadł na łóżku, kiedy poczuł następny kopniak, dosłownie
uszło z niego całe powietrze. Gdzieś tam w mrokach świadomości zdawał sobie
sprawę, że ktoś go przytrzymał, chyba Thor, co i tak nie zmieniło wiele, tylko
to, że zwymiotował na pościel zamiast na poduszkę.
Kiedy ocknął się następnym razem, był już pod kroplówką, a
wokół niego wrzała zażarta dyskusja.
- Musicie go zabrać z powrotem do Asgardu – przekonywał
Bruce – wątpię aby tutaj ktoś zdołał mu naprawdę pomóc.
- Ale jak to możliwe, że ten dzieciak tak daje mu się we
znaki? – zastanawiała się Natasha.
Melody prychnęła.
- To raczej nie powinno dziwić – wskazała na Thora, który
leżał obok swojego svassa na łóżku – spróbowałabyś zajść w ciążę z nim.
Natasha widocznie wzdrygnęła na myśl o zachodzeniu w ciążę z
Thorem.
- Tak, czy siak – kontynuowała – Banner ma rację, Tony musi
wrócić do Asgardu. Tam powinni się nim zająć.
Tony przysłuchiwał się temu wszystkiemu nie otwierając oczu.
Nagle jego uwagę przykuł dotyk czyjejś dłoni. Spojrzał i zobaczył Sygin,
siedzącą na krześle, obok łóżka. Uśmiechała się do niego z troską.
- Głupi szwagier... - westchnęła. - Tony, on nie wiedział,
wybacz mu. Ale tak jest zawsze, gdy ktoś z nas wchodzi w związki ze
śmiertelnikami... Nie jesteśmy kompatybilni.
Otworzył oczy. Wyglądała na zmartwioną. Wszyscy wyglądali,
nawet Natasza i wyraźnie skacowany Clint. Tony nagle poczuł się głupio... być
znokautowanym przez płód to zdecydowanie żenująca sytuacja.
- W Asgardzie... - mruknął, dotykając napiętej skóry na
brzuchu - ...wyjmą go ze mnie?
Thor popatrzył na niego z przerażeniem.
- Nie teraz. Za cztery miesiące.
Cztery miesiące. Patrzył się tępo w przestrzeń, mechanicznie
gładząc się po brzuchu. Za cztery miesiące będzie martwy. Nie, nie będzie, w
końcu jest nieśmiertelny... Wobec tego oszaleje z bólu i będzie żałował, że nie
jest martwy...
Czuł się jak pieprzona Bella Swan. Pewnie przy końcu ciąży
będzie wyglądał jak marzenie Karla Lagerfelda, tylko z brzuchem.
- Gdzie jest Fury? – spytał aby chociaż na chwilę zmienić
temat.
- Siedzi z Coulsonem w jego biurze – wyjaśniła Melody – no
wiesz, szefuje, czy co on tam zwykle robi.
- Ale kazał się na bieżąco informować o twoim stanie zdrowia
– dodał Steve jakby na usprawiedliwienie.
W tym momencie usłyszeli pukanie do drzwi. Melody otworzyła
i do środka wszedł Coulson.
Uśmiechnął się niepewnie.
- Chciałem tylko zobaczyć, jak się czuje pan Stark.
Tony’ego nawet to ucieszyło.
- Wejdź stary – powiedział, starając się wyglądać lepiej niż
się czuł.
Coulson stanął przy łóżku i czy tylko się Tony’emu zdawało,
czy rzucił krótkie spojrzenie w stronę Sygin, a ona się uśmiechnęła? Przez tę
całą ciążę zaczyna mieć omamy.
Cóż, jeśli ze sobą kręcili, to osobiście wręczy Philowi
paczkę gumek. Nie potrzeba tutaj kolejnego morderczego Płodzika, o nie.
Szybko jednak okazało się, że Thorowi nie podoba się tłok
przy łóżku męża i wszyscy zostali łagodnie wygonieni, a Tony'emu z jakiegoś
powodu ulżyło. Nie chciał znosić tego ciągłego patrzenia się na jego wypukły
brzuch, czuł się wtedy jak dziwadło.
Thor przysiadł się do niego (łóżko zaskrzypiało potępieńczo)
i objął go gestem "przytulę, pocałuję i przestanie boleć". To było
równie bezsensowne, jak miłe.
- Niedługo już to się skończy, kruszyno.
Tony'emu coś się przewróciło w brzuchu i tym razem nie był
to Płodzik. Czy on właśnie nazwał go, dorosłego faceta bynajmniej nie o budowie
anorektycznego nastolatka "kruszyną"? Kurczę, co mu się na mózg
rzuciło...
Tymczasem Thor kontynuował:
- Wiem, że musi tam tobie być wyjątkowo nieprzyjemnie, ale
nie martw się, tatuś jest tu z tobą.
Tony zrozumiał, jego mąż gadał do Płodzika. Spojrzał na
niego, urażony.
- Ty może byś się tak o mnie zaczął martwić – powiedział. –
Widzisz, co ja teraz przeżywam?
Wskazał na swój brzuch.
Thor westchnął i przytulił do siebie męża.
- Jeszcze dzisiaj musimy się spakować, jutro rano wyruszamy
do Asgardu.
- Jesteś pewien, że to pomoże?
Thor przytulił go mocniej. Ewidentnie znaczyło to
"nie".
- Nie jestem pewien, czy chcę wracać - kontynuował Tony. -
Jest tam Loki. I... i mój ojciec.
To ostatnie ledwo przeszło mu przez gardło. Do tej pory nie
wiedział, co Thor zrobił z jego cudownym tatusiem i wolał nie pytać. Prawdopodobnie
coś paskudnego i bolesnego, a Tony nie był pewien, czy powinien się z tego
powodu cieszyć, czy smucić.
- Dzieciak łamie mi żebra. Widać, że twój.
Thor położył swą wielką dłoń na jego zaokrąglonym brzuchu i
zaczął go delikatnie masować, nucąc przy tym jakąś asgardzką pieśń. Po chwili
nucenie przeszło w cichy śpiew. Musiał przyznać, że Thor ma bardzo ładny głos,
chociaż każdemu pewnie trudno byłoby wyobrazić sobie potężnego boga piorunów
śpiewającego kołysankę.
Tony miał wrażenie, że nieznośne ruchy w jego brzuchu stają
się łagodniejsze, aż w końcu ustały.
Spojrzał na Thora z uśmiechem.
- Zasnął.
Ten skinął głową i pocałował Tony’ego w czoło.
- Moja matka śpiewała mi to, kiedy byłem mały.
- Muszę więc jej podziękować.
***
Asgard był dokładnie taki sam, jakim go zapamiętał. Tym
razem wybrali się tylko we trójkę - on, Thor i Płodzik. W zasadzie, wszyscy
stęsknili się za tym miejscem, ale Tony za to zupełnie nie tęsknił za Odynem.
Jednak to nie Odyna spotkał na tęczowym moście. Spotkał tam
swojego ojca, a w zasadzie młodą i przystojną jego wersję, do tego do pary z
piękną, ubraną w złotą suknię brunetką. Zamarł na ten widok, zwłaszcza, że tę
brunetkę akurat znał.
- Loki, co ty w ogóle... - jęknął.
- Loki?!
Wszyscy jak na komendę odwrócili się w stronę Howarda.
Ojciec Tony’ego wyglądał jakby dowiedział się, że ta ładna dziewczyna z
obuwniczego to tak naprawdę facet. Jakby na to nie spojrzeć, tak właśnie było.
Wpatrywał się w kobietę z niedowierzaniem. Taz kolei posłała
Tony’emu niezbyt przychylne spojrzenie, mówiące w skrócie: „Urwę ci za to łeb,
Stark.” Thor wyglądał jakby nie do końca nadążał za rozwojem akcji.
Za to Tony nadążał i na jego twarzy zagościł nieprzyjemny
uśmieszek.
- No proszę – powiedział do ojca – czyżbyś, tatusiu znalazł
sobie „dziewczynę”?
Cudzysłów był aż nadto słyszalny.
Loki uśmiechnął się szeroko a paskudnie i wrócił do swojej
normalnej postaci.
- Stark, ty idioto, zepsułeś niespodziankę! - powiedział
tonem wyraźnie oznajmującym, że mimo tego cieszy się z reakcji Howarda, który
teraz pozieleniał na twarzy, tak że jego paskudne wąsy a'la lata czterdzieste
wydawały się jeszcze bardziej paskudne. - Howard, kochanie, ale powiedz, że i
tak mnie kochasz! - dodał kobiecym głosem.
Tony w tej chwili nie wytrzymał i zaczął się śmiać. Pomimo
bólu, pomimo tego, że od jego brzucha promieniowało nieznośne gorąco, a nawet
pomimo tego, że palce Thora wrzynały mu się w ramię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz